Wiele się mówiło przez ostatnie lata o tzw. agentach
wpływu. W teorii
znanego socjologa, stratega prawicowych obłędów prof. Andrzeja
Zybertowicza, agentami wpływu byli wszyscy ci publicyści oraz politycy,
którzy zabierając publicznie głos, a bywa, że udając także autorytety,
reprezentowali tak naprawdę nie polskie interesy, lecz interesy
niemieckie i rosyjskie lub interesy grup biznesowych.
Obsesja
szukania
„agentów" udzieliła się wielu publicystom i politykom
reprezentującym
nurty zwane komicznie „niepodległościowymi”. Ten nurt dzieli
Polaków na
prawdziwych Polaków i Polaków podrobionych, czyli Polactwo (termin
rozpowszechniony przez mistrza literatury fantasy Rafała Ziemkiewicza).
Polactwo kojarzy się z robactwem i mocniej poniżyć już chyba nie można,
choć zawsze można próbować (co niektórym się udaje, np. poecie
podziemnemu Wojciechowi Wenclowi). Nurt, który sam siebie nazywa
„niepodległościowym”, uważa, że Polska nadal znajduje się pod
okupacją,
a kolejne wybory to tylko fikcja sterowana z Moskwy, Berlina czy
Waszyngtonu.
Na epitet „agenta
wpływu" można było zasłużyć, wydając
książki o historii przedwojennego Gdańska (Donald Tusk) lub mówiąc coś
dobrego o rosyjskiej poezji (np. Daniel Olbrychski). Czasy polowań na
agentów wpływu nieco minęły, co nie oznacza przecież, że ustała ich
działalność. Prof. Zybertowicz miał rację! Agenci wpływu tylko na moment
udawali, że nie wpływają jak statki stojące na redzie. Ale wszystko
jedynie po to, by uśpić czujność i teraz wpływać przy sile dziesięciu
węzłów nie tylko do portu, lecz także do internetu.
Przypomnijmy,
agent
wpływu to osoba, która pod płaszczykiem działalności na rzecz
społeczeństwa (a bywa, że również pod płaszczykiem patriotyzmu) tak
naprawdę służy swoimi opiniami i wygłaszanymi publicznie poglądami
ukrytym mocodawcom. Umowa ACTA to nic innego jak próba walki z
podrobionymi towarami i piractwem w internecie. Rynkiem podróbek rządzą
na świecie Chiny, a w Europie kalabryjska mafia zwana kamorrą.
Umowy ACTA biją głównie w cyberpiratów, lecz przede wszystkim w
chińskich producentów podróbek oraz w interesy „ludzi honoru" z
Neapolu.
O ile protestująca na ulicach młodzież chce po prostu za
darmo ściągać
filmy i muzykę z internetu, o tyle politycy, ludzie, którzy powinni
orientować się, co jest w świecie grane, zachowują się jak agenci wpływu
klanu Casalesi z jądra przestępczej pajęczyny Casal di Principe. Janusz
Palikot wraz ze swym Bezruchem Palikota, ziobryści, a nawet zawsze
podejrzliwy i ostrożny Jarosław Kaczyński dali się wpuścić w maliny
przez Chińczyków i włoską kamorrę, której interesy już dawno przebiły
swoją wielkością słynną sycylijską cosa nostrę.
Jednym z głównych
nurtów
podróbek są podróbki leków, którymi handluje się w internecie. Życzę
wszystkim posłom Palikota i ich sprzymierzeńcom, którzy podlizywali się
młodym na ulicach, aby leczyli się podrobionymi lekami, chodzili w
podrobionych adidasach, nosili podróbki markowej odzieży i korzystali z
kradzionych filmów oraz nagrań. Polska jest jedynym krajem, który tak
ostro wystąpił przeciwko ACTA. To dobry sygnał dla podziemia
gospodarczego z Chin i Neapolu. Już niebawem staniemy się (o ile już nie
jesteśmy?) krainą podróbek, w której nawet premier, partia panująca i
opozycja (ciągle bez orientacji w terenie) też będą podrobieni.
Skoro
politycy dają przyzwolenie na kradzież (Janusz Palikot powiedział, że
jesteśmy krajem na dorobku, który musi jeszcze trochę pokraść, by się
dorobić), to już niedługo powstaną organizacje i ugrupowania, które będą
się domagały darmowej komunikacji czy zakupów w Biedronce. Dario Fo miał
przeczucie, gdy pisał swój słynny dramat „Siódme – mniej
kradnij", bo o
tym, żeby dziś nie kraść w ogóle, to raczej nikt już nie myśli na serio.
No to ja mam tylko apel, aby w tym internecie kraść trochę mniej, bo
wielu artystów nie ma już z czego żyć.