Mikołaj Placek z uśmiechem rzuca na stół
poniedziałkowe wydanie „La
Gazzetta dello Sport" – największego włoskiego dziennika sportowego
ukazującego się w nakładzie 330 tys. egzemplarzy. Na pierwszej stronie
podał on w zeszłym tygodniu, że po wielkiej piłkarskiej batalii w
ostatnim meczu 19. kolejki Serie A Inter Mediolan pokonał Lazio Rzym.
Ale nie mniej ważna informacja znajduje się na ostatniej stronie, którą
wykupił klub Inter Mediolan, żeby poinformować swoich kibiców, że jednym
z jego głównych sponsorów została firma Oknoplast. Pod wielkim
nagłówkiem zdjęcie bijących brawo gwiazd drużyny – Javiera Zanettiego i
Thiago Motty.
34-letni prezes Oknoplastu nie może się napatrzyć na
gazetę. Po raz
kolejny wygładza ją i napawa się jej widokiem. – Oprawię sobie w ramkę i
powieszę w gabinecie. Chciałem kupić więcej egzemplarzy, ale jak
poszedłem w Mediolanie do kiosku, to się okazało, że Włosi już wykupili.
Prezes Placek ma nadzieję, że z podobnym zapałem włoscy fani futbolu
rzucą się po wyroby firmy z podkrakowskich Ochmanowic. Kalkuluje: – Z 60
mln Włochów ponad połowa to wierni fani piłki nożnej. Spośród nich trzy
czwarte kibicuje trzem drużynom: Juventusowi Turyn, AC Milan i Interowi
Mediolan. Jak by nie liczyć, mamy 7-8 mln potencjalnych i dobrze
zmotywowanych klientów. Powinno wystarczyć, by na włoskiej ziemi
strzelić gola tamtejszemu potentatowi od okien – firmie Finstral. Polacy
zajmują drugie miejsce. Mają sieć własnych salonów od Alp po Sycylię,
mają też piękną gwiazdę włoskiej telewizji Ninę Senicar w roli
ambasadora polskiej marki. Mają też okna lepsze, choć droższe (w
niektórych kategoriach aż o 30 proc.). – Chcemy wygrywać z konkurentami
w Europie nie dlatego, że jesteśmy tańsi, ale dlatego, że jesteśmy
najlepsi – tłumaczy Placek.
Szef Oknoplastu nie zdradza
szczegółów finansowych umowy z Interem. Mówi
jedynie, że negocjacje trwały blisko pół roku. Polscy spece od
marketingu sportowego szacują, że portfel Placka schudł o 2-3 mln euro.
To koszt wejściówki do ekskluzywnego grona pięciu „top sponsorów"
Interu, obok takich gigantów jak Volvo, Pirelli, operator telefonii
komórkowej TIM czy sieć salonów Spa Trentino. Takiej wejściówki nie
wywalczyły m.in. Alitalia, Samsung ani serwisy bukmacherskie. – To nie
była tylko kwestia pieniędzy. Do sponsorowania Interu zawsze ustawia się
kolejka firm. Massimo Moratti, prezes i właściciel klubu, sam dobiera
sobie towarzystwo – mówi Placek.
Moratti – duży
akcjonariusz i jeden z
głównych menedżerów koncernu Pirelli – rezerwuje dla swojej firmy
miejsce na koszulce piłkarzy. Logo polskiej firmy pojawi się na bandach
wokół boiska na gigantycznym mediolańskim stadionie San Siro, na
tablicach przy wyjściu z szatni i na wszystkich marketingowych
materiałach klubu. Gwiazdy Interu zobaczymy też w reklamach produktów
krakowskiej firmy.
Szum w
szparze
Skąd się wziął sukces Oknoplastu? Biznes zbudował
ojciec Mikołaja Placka
– Adam. Gdy PRL się walił, postanowił wziąć los we własne ręce.
Spacerując po Krakowie w jakąś jesienną sobotę, zwrócił uwagę na to, jak
wielu ludzi uszczelnia okna w mieszkaniach, zatykając przed zimą szpary
watą czy przyklejając gąbkowe uszczelki. A gdyby tak zrobić okna bez
szpar? Z podobnych obserwacji w Polsce rodziła się branża producentów
okien. W latach 90. wszyscy zaczynali na poziomie przydomowego warsztatu
od rozbierania na części okien zachodnich marek i kopiowania ich
rozwiązań. Biznes był prosty – wystarczało zamówić z Niemiec
sześciometrowe belki z profili PCW, pociąć je i okleić drewnopodobną
folią, wstawić szybę i uszczelki. Tysiące warsztatów biło się o klienta,
obniżając ceny. Adam Placek wolał spijać śmietankę, sprzedając produkty
wyższej klasy.
– Zawsze stawiam się po stronie klienta.
Mogę zapłacić za
produkt dużo więcej, o ile zostanę bardzo dobrze obsłużony. Przy tym nie
chcę się czuć jak anonimowy numer. To moja filozofia – zwierzał się
dziennikarzom. Biznesowe poradniki pełne są podobnych mądrości, ale
Placek wiedział, jak teorię zmienić w pieniądz. Zamiast walczyć z
konkurencją o półkę w markecie budowlanym czy przekupywać hurtowników
rabatami, zaczął budować sieć własnych salonów. Sprzyjała mu specyfika
rynku. Większość okien w Europie produkuje się na wymiar, pod konkretne
zamówienie, tak żeby pasowały do otworu w murze. Między innymi dlatego
rynku okien nie przejęli Chińczycy. Byliby w stanie zarzucić rynek tanim
towarem, ale kto by potem się bawił w dopasowywanie okien do otworu w
ścianie! Każdy woli przyjść do salonu, zamówić okna w dowolnym rozmiarze
i kolorze, dobrać klamki, zafundować sobie antywłamaniowe okucia albo
przeciwsłoneczne szyby i za trzy-cztery tygodnie odebrać gotowy produkt.
Oknoplast produkuje takich okien milion rocznie.
Rodzinny tandem
Oknoplast to
firma rodzinna, ale Mikołaj Placek to nie malowany prezes,
któremu tata dał się pobawić dużą zabawką. Gdy ojciec zakładał biznes,
Mikołaj miał 12 lat. Od początku było wiadomo, że prędzej czy później
przejmie stery firmy. Najpierw w hali produkcyjnej poznawał szczegóły
budowy okien, potem w dziale finansowym dowiedział się, jak robić na tym
biznes. Zajmował się marketingiem i reklamą produktów. W 2007 r. przejął
zarządzanie całym rodzinnym przedsięwzięciem, a ojciec przeszedł do rady
nadzorczej. Trzy lata później otrzymał nagrodę w konkursie
„Przedsiębiorca roku" firmy doradczej Ernst & Young.
Średniego wzrostu brunet w czarnej designerskiej marynarce ostrożnie
waży słowa, opowiadając o rozwoju firmy. Gdy w maju 2004 r. Polacy
fetowali wejście do Unii Europejskiej, Adam i Mikołaj Plackowie
obmyślali swoje wejście z produktami na rynki krajów Wspólnoty. Zaczęli
od Słowacji, tradycyjnego poligonu polskich firm o europejskich
ambicjach – rynek bliski i niewielki, na którym stosunkowo niedużym
kosztem można zebrać nowe doświadczenia. Tam przetestowali swoją
marketingową strategię – budowanie pozycji ogłoszeniami w
opiniotwórczych tygodnikach i angażowaniem znanych postaci do roli
ambasadorów marek. Rok później Oknoplast wskoczył do Niemiec. Za Odrą
wielu polskich przedsiębiorców połamało już sobie zęby. – Niemcy to
zakupowi patrioci. Wybierając produkty ze Wschodu, oczekują bardzo
niskiej ceny – opowiada szef krakowskiej firmy.
Oknoplastowi nie
wystarczyły reklamy w „Spieglu" ani nawiązanie przyjaznych
stosunków ze
stowarzyszeniami majstrów i rzemieślników budowlanych. Firma musiała
zmienić strategię – dziś działa tam pod marką Konzern Fenster. Może w
piłkarskim żargonie nazwano by to faulem, ale nie był to jedynie chwyt
marketingowy. Polskie okna powstawały z aluminiowych profili niemieckiej
firmy Veka.
Uczeń prześcignął nauczyciela
Plackom sprzyjało szczęście – weszli na rynek naszego sąsiada
akurat
wtedy, gdy w Niemczech ruszyły wymuszone walką o zmniejszenie emisji CO2
programy termomodernizacyjne. Co roku niemiecki rząd wydawał po
kilkadziesiąt miliardów euro na dopłaty przy ocieplaniu
budynków – w tym wymiany okien i drzwi. – Trafiliśmy w dziesiątkę.
To,
co dla Niemców było wielkim osiągnięciem, dla Oknoplastu było już
standardem – jak pięciokomorowe profile, z których buduje się ramy
okienne, czy zespolone szyby z dużo niższym współczynnikiem
przenikalności ciepła. Wszystko to sprawia, że okno jest bardziej
energooszczędne – opowiada Placek.
Odnieśli sukces –
nie mają może
takiej pozycji jak we Włoszech, ale jednak udało się Niemców przekonać,
że Konzern Fenster to coś w rodzaju budowlanego Mercedesa – jakość, za
którą warto zapłacić więcej. I pomyśleć, że jeszcze 20 lat temu
pobieraliśmy u Niemców nauki! A w tym czasie polskie firmy z kopciuszka
zmieniły się w potentatów. Równie skuteczne za Odrą są: pomorski Drutex
Leszka Gierszewskiego albo działający w pokrewnej branży okien dachowych
Ryszard Florek i jego Fakro. Kiedy wchodziliśmy do Unii Europejskiej,
nasze firmy wyeksportowały stolarkę budowlaną za blisko 315 mln euro – w
zeszłym roku za 890 mln euro, z czego na okna plastikowe przypadło aż
425 mln euro. Dla porównania – niemieccy producenci wyeksportowali w
2010 r. okna z PCW za 360 mln euro.