Nie ruszyły ich afera hazardowa, delegalizacja
dopalaczy, wojna z
kibolami, katastrofa smoleńska, kwasy wokół emerytur. Nie podniecił ruch
„oburzonych". Ze spokojem przyjęli wyższe podatki, umowy śmieciowe,
ropę
po 6 zł i chaos wokół refundacji leków. 25 stycznia wyszli na ulice w
miastach w całej Polsce, bo rząd podpisując ACTA, zagroził ich wolności.
Więcej: uderzył w ich styl życia.
1.
Październik 2011 r., Warszawa. Media trąbią o polskim ruchu
„oburzonych". To młodzi ludzie, którzy chcieliby podkopać system.
Mówią:
państwo się nie sprawdziło. Nie wie, co robić z kryzysem. Ruch wychodzi
na ulice. Konkretnie na jedną, warszawską. Na krótko. W marszu idzie
kilkaset osób. Ktoś niesie transparent „Jesteśmy wkurwieni". Zaraz
potem
ruch umiera.
Koniec stycznia 2012 r. Internauci protestują
przeciwko
podpisaniu przez rząd umowy ACTA. Inaczej niż warszawski ruch z
października – wyprowadzają na ulice ludzi w całej Polsce. Młodzi
uważają, że zagrożenie dla internetu jest jak zagrożenie życia. Rząd i
tak podpisuje ACTA. Ktoś żartuje: – Mamy pecha. Teraz nie ma wyborów.
Przez następne cztery lata nie potrzebują internautów. Ale to nieprawda.
Nikt nie wie jeszcze, jak bardzo wystraszą rząd.
2.
ACTA, czyli Anti-Counterfeiting Trade Agreement (porozumienie przeciw
obrotowi podróbkami), to międzynarodowa umowa, która ma poprawić
egzekwowanie prawa własności intelektualnej. Choć w nazwie ma podróbki,
to umowa dotyczy ochrony własności intelektualnej, również w internecie.
Pomysł jest prosty: doprowadźmy do jednego standardu ścigania piractwa.
Tak mówi rząd.
Ale internauci wyczytują zagrożenie cenzurą w
imię walki
z piractwem. Jeden z najbardziej kontrowersyjnych przepisów przewiduje
„możliwość wydania przez swoje właściwe organy dostawcy usług
internetowych nakazu niezwłocznego ujawnienia posiadaczowi praw
informacji wystarczających do zidentyfikowania abonenta, co do którego
istnieje podejrzenie, że jego konto zostało użyte do naruszenia". Mówiąc
wprost: internauci będą inwigilowani za podesłanie znajomym linka ze
śmiesznym filmikiem z YouTube. Albo za ściągnięcie z sieci filmu.
Czwartek, 26 stycznia. – Przeraziło mnie to. Początkowo niezbyt
interesowałem się tematem związanym z ACTA. Teraz siedzę trzeci dzień
przy komputerze i zagłębiam się we wszystkie informacje, jakie
znalazłam. Jestem podłamana – opowiada 20-letnia Agnieszka, studentka
filozofii z Warszawy. – Dla mnie to komuna. Ktoś chce decydować za mnie.
Jej chłopak Rafał: – Dla polityków oburzeni internauci skamlający o
jakichś abstrakcyjnych sprawach to dzieci, które trzeba jakoś uspokoić.
Powciskać trochę kitu, niech dadzą spokój, do wyborów daleko. Uspokoją
się i zapomną. Tak robią nas w balona.
3.
Kanadyjczyk Don Tapscott w książce „Cyfrowa dorosłość: jak pokolenie
sieci zmienia nasz świat" nazywa ich pokoleniem sieci, Net Generation.
Internet jest dla nich tak samo naturalny jak dla ich rodziców analogowy
telefon z tarczą do wykręcania numerów. Net Generation ma inny kod niż
„analogowi". Nie wierzy na słowo. Sprawdza.
Filip
Janur, student z
Wrocławia, jeden z organizatorów demonstracji, polityką się nie zajmuje.
– Ale nie mogę się zgodzić na to, że rząd działa za naszymi plecami. I
pozwolić na cenzurowanie internetu – mówi. – Razem ze znajomymi
skrzyknęliśmy się na Facebooku. W naszych czasach jest prościej niż w
latach 70., nie trzeba chodzić po domach, żeby wyciągnąć ludzi na ulice.
Krzysztof Gonciarz, krakowianin, od kilku lat prowadzi serwis
poświęcony
grom komputerowym. 27 lat, modne oprawki, dobra polszczyzna. Absolwent
kulturoznawstwa. Żyje z wiedzy o wirtualnym świecie. Jest ekspertem,
publikuje książki na temat gier komputerowych. Jego film z odezwą
przeciwko ACTA na YouTube w ciągu paru dni ogląda prawie 300 tys. osób.
Gonciarz mówi: – Każdy twórca kontentu internetowego, każdy użytkownik,
może pomóc sprawić, że ktoś na górze pójdzie po rozum do głowy i
zrozumie, że to jest narzucanie internetowi starego systemu, który już
dawno upadł. Wieść o proteście szybko się rozchodzi.
Z
archaicznego, bo
pochodzącego sprzed siedmiu lat socjologicznego raportu „Biała księga
młodzieży polskiej" można się dowiedzieć, że aż 77 proc. młodych ludzi
poszukuje informacji w internecie. Najrzadziej szukają jej w telewizji.
4.
Negocjacje w sprawie ACTA kończą się jesienią 2011 r. To, że Polska ma
podpisać porozumienie 26 stycznia w Tokio, trafi do opinii publicznej
tydzień przed podpisaniem. Wtedy się zaczyna. Sobota, 21 stycznia. W
kilku szybkich ruchach internauci ośmieszają rząd: prostymi atakami
generującymi ruch w sieci blokują kilka witryn. Ujawniają idiotyczne
hasła rządowych zabezpieczeń. Pokazują, że kancelaria premiera nie radzi
sobie z atakami, a rzecznik rządu ściemnia.
Piotr Baranowski z
internetowego Radia Kwejk, które włączyło się do protestu: – Poszła
lawina. Doszło do tego, że w niektórych serwisach zorganizowano sondy z
pytaniem, jakie strony powinno się zablokować. Baranowski 27 lat,
studiuje dziennikarstwo w Poznaniu, wcześniej współpracował z biurem
poselskim Marka Siwca z SLD.
Burza rozpętuje się w internecie i w
realu.
Na ulicach, od Gorzowa Wielkopolskiego po Kielce, 25 stycznia
demonstrują tysiące młodych. Wychodzą z transparentami „Obywatelu, rząd
ma cię w dupie", „Lepsza w sieci baba goła niż w realu rząd
matoła",
„Donald, matole, skąd będziesz ściągał pornole?”. W Sopocie pod
dom
Donalda Tuska idzie więcej demonstrantów niż w grudniu pod willę
Wojciecha Jaruzelskiego. Mają transparent: „Zabraliście nam stocznie,
porno nie oddamy”. W Kielcach dochodzi do zamieszek, policja zatrzymuje
16 osób. Na manifestację w Krakowie przychodzi 15 tys. ludzi. W Gdyni do
protestujących wychodzi prezydent miasta, Wojciech Szczurek. Na hasło
„Kto nie skacze, ten z Platformą” zaczyna skakać razem z
demonstrantami.
Krzysztof Gonciarz: – Zostaliśmy
sprowokowani. Nikt z nami wcześniej nie
rozmawiał, ACTA nie było szeroko konsultowane. Najpierw Paweł Graś
popełnił gafę. Internauci takich potknięć nie wybaczają. To nakręciło
atmosferę. Swoje dołożył też Radosław Sikorski, kpiąc z hakerów. Ponad
100 tys. ludzi na ulicach manifestuje przeciwko podpisywaniu przez
Polskę traktatu. Politycy w telewizji: młodzi ludzie nic nie rozumieją.
Są manipulowani.
5.
Motorem protestów są blogerzy. Młodzi, dwudziestokilkuletni. Czwartek,
26 stycznia. Krzysztof Gontarek prowadzi Dziennik Internautów. Jako
jeden z pierwszych pisał o planie podpisania ACTA. Absolwent marketingu
i anglistyki w Płocku. W Warszawie pracował jako broker, teraz utrzymuje
się z prowadzenia Dziennika Internautów. Mówi: walka z ACTA to kłoda
rzucona pod nogi wielkim korporacjom: – Prace nad ACTA były toczone w
ukryciu. Na kształt dokumentu wpływały korporacje, a zwykli internauci
nie mieli nic do powiedzenia.
Pod koniec stycznia przeciwko ACTA
protestuje pół Europy. Ale tylko w Polsce internauci wychodzą na ulice.
Jak to możliwe, że jedna umowa wzbudza tak żywiołową reakcję elektoratu
PO – młodych, wykształconych, z dużych miast? Pytanie, czy ci, którzy
oburzyli się na ACTA, to w ogóle czyjś elektorat.
25 stycznia. Na
pierwszą polską demonstrację pod warszawską siedzibę Komisji
Europejskiej przy ul. Świętokrzyskiej przychodzą młodzi i wykształceni,
z zupełnie różnych bajek: kibice Legii, studenci Uniwersytetu
Warszawskiego, anarchosyndykaliści, trockiści, palikociarze, czytelnicy
„Wyborczej" i „Gazety Polskiej". Obok lewaków stoi grupa
Młodzieży
Wszechpolskiej. Ale to tylko część obrazka. Jeden z najwybitniejszych
polskich hakerów (umawiamy się, że pozostaje anonimowy) mówi: – To
niezgoda na to, że ktoś zabierze internautom możliwość kradzieży.
6.
Demonstracja jest dziwna. Nikt nie wygłasza przemówień. Manifestanci
tylko skandują. W tłumie próbuje się lansować Janusz Palikot z Anną
Grodzką (głos z tłumu: – Ten pajac musi się wpierd..... na każdą
demonstrację). Kiedy do megafonu dorywa się Janusz Korwin-Mikke, zostaje
wygwizdany. Tłum skanduje. – Kto nie skacze, jest za ACTA!
Demonstranci
ze Świętokrzyskiej, od kiedy nauczyli się czytać, są podłączeni do
internetu. Mają inne żarty, inne zachowania niż starsze,
„analogowe"
pokolenia. Inaczej się komunikują. Fachowcy od sieci mówią o
„multitaskingu" – „cyfrowi” potrafią używać kilku
narzędzi internetowych
jednocześnie, komunikować się i pracować, słuchać ściągniętych z sieci
plików i nieźle się bawić. „Cyfrowi” potrafią pracować nad
skomplikowanym wykresem w Excelu, tkwiąc na Gadu-Gadu i Facebooku.
Tradycyjne media dla „cyfrowych” są passé. Dla tradycyjnych mediów
internauta to ktoś z gazetowego opisu z lat 90.: młody, znający
angielski, którego od ciągłego siedzenia boli kręgosłup, blady, oczy
przekrwione.
Grzegorza Marczaka nie boli kręgosłup. Jest jednym z
bardziej aktywnych rewolucjonistów, blogerem (pisze o internecie i
nowych technologiach): – Wieść, że rząd zamierza w ciągu tygodnia
podpisać ACTA, wywołała w sieci efekt kuli śnieżnej. Ale główne media
zainteresowały się sprawą dopiero, gdy banda gówniarzy zaatakowała
strony rządowe.
7.
Internetowe Radio Kwejk relacjonuje protest od początku. Po kilku dniach
jest jednym z jego koordynatorów. Piotr Baranowski z Kwejka: – Ci,
którzy założyli przeciwko ACTA fan page na Facebooku, byli zaskoczeni
własną popularnością. Dlatego ich wsparliśmy. Nie nakręcamy internautów.
Po prostu dużo mówimy o ACTA. O co walczymy? Jedni walczą o możliwość
ściągania ulubionego serialu, inni o wolność słowa. Rację mają ci
drudzy. Dla „cyfrowych" posłuszeństwo wobec ACTA oznacza rezygnację
ze
stylu życia i zwycięstwo korporacji.
Grzegorz Marczak opowiada,
jak
buntownicy sprawdzają władzę. O potiomkinowskiej wiosce KPRM na
Facebooku, skąd zniknęło 5 tys. wpisów przeciwnych ACTA: – Premier mówi,
że nie ma mowy o cenzurze w ACTA. Ale rząd już teraz stosuje cenzurę. Ze
swojej strony usuwa komentarze. Tłumaczy, że większość z nich była
wulgarna. Na 7 tys. wpisów tylko 2 proc. było niecenzuralnych.
Równocześnie aż 53 proc. głosów stanowiło krytykę rządu za ACTA.
Piątek,
27 stycznia, rano. Od kilku dni w internecie trwa akcja zbierania
podpisów przeciwko podpisaniu ACTA. Grzegorz Marczak: – Chcemy pokazać
rządowi, że jesteśmy na tyle silni, żeby zebrać 500 tys. podpisów. OK,
to podpisy wirtualne, nie umożliwią złożenia obywatelskiego projektu
ustawy, ale pokażą skalę zjawiska.
8.
Choć w protestach jest mnóstwo niewiedzy i przesady, to dla internautów
są jak lekcja wychowania obywatelskiego. I lekcja tego, co się dzieje z
każdą rewolucją. Bo na Facebooku od razu zaczynają działać śmieciowe
fansite’y. Fansite na kilkadziesiąt tysięcy osób to na rynku parę
tysięcy złotych. Mówiąc wprost: ACTA się dobrze sprzedaje. Walka z ACTA
jest cool. Jest w cenie. Wielu ludzi próbuje w sieci zrobić na tym
pieniądze. Klonują fałszywe fansite’y. W sieci sprzedają koszulki z
maskami Anonymous i same maski.
W sieci trwa rywalizacja o to,
kto
będzie uznany za lidera protestu. Wielu chce być Spartakusem. Jedni
hakerzy sprzedają policji innego, który włamał się na strony KPRM. Jeden
z najwybitniejszych polskich hakerów: – Do niedawna byłem niezdecydowany
w sprawie ACTA. Teraz jestem za podpisaniem. Głupio byłoby mi być
Polakiem, gdyby się okazało, że grupa dzieci prostymi atakami w sieci
może wywrzeć presję na polskim rządzie i dyktować mu, co ma robić.
9.
Tyle rzeczywistość wirtualna. W rzeczywistości realnej i urzędowej trwa
robienie dobrej miny do złej gry. „Analogowi" za nic nie przyznają
się
do klęski. Jeden ministeropowiada w radiu, że chciał się podać do
dymisji. Drugi, w telewizji, że z ACTA jest wszystko w porządku. Za
kulisami, w policji, ABW i kancelarii premiera, trwają gorączkowe
narady, jak się bronić przed atakami z sieci. Powstaje nawet zespół do
spraw ochrony portali rządowych. Internauci żartują, że na razie zespół
nie ma strony w internecie, bo boi się ataku.
Piątek, 27
stycznia,
południe. Donald Tusk wychodzi do dziennikarzy w Sejmie. Mówi: – Jeśli
będą opinie uznające, że ACTA zagraża wolności, to umowa nie zostanie
ratyfikowana. Zapowiada również konsultacje społeczne i wnikliwe
przebadanie umowy. To znaczy: teraz przeanalizuje to, co sam
przeanalizował i podpisał. Oburzeni wygrywają. Na razie.
Krzysztof
Gonciarz: – ACTA broni starego systemu. To zderzenie nowoczesnych
technologii z tymi, którzy nie dojrzeli do tego, by je stosować.