Pomysł na nowy wizerunek Ewy Kopacz sprowadza się do
słów „tabula rasa".
Jakby nigdy nie było jej w polityce. Jakby nie była przez cztery lata
ministrem zdrowia. Nie ma już Ewy Kopacz krzyczącej na posiedzeniach
rządu i trzaskającej drzwiami w ministerstwie. Nie ma, jakby nigdy nie
było. Jest stateczna pani marszałek Sejmu, druga osoba w państwie,
uosabiająca wolę kompromisu i lepszą, kobiecą stronę polityki.
Rozmawiamy w wielkim ponadstumetrowym gabinecie, stara się mówić wolno,
ważąc słowa. Popija herbatę z ulubionego kubka i opowiada o swoich
planach. O resorcie zdrowia mówić nie chce. Zgodnie z założeniem, że
pamięć ludzka jest krótka i Polacy oglądający każdego dnia twarz
tłumaczącego się ministra Bartosza Arłukowicza na jego konto zapiszą
wszystko, co złe.
Biała dama
– Budujemy wizerunek nowoczesnego i bliskiego obywatelom marszałka.
Niedługo powstanie strona internetowa poświęcona wyłącznie marszałkowi
Sejmu – zapowiada jeden ze współpracowników. Kopacz ma założyć
wideobloga. Ma być też aktywna na Facebooku i Twitterze. Na nowy
wizerunek składają się także nowa ochrona – rosła blondynka, i nowy
samochód – białe audi A8, pierwszy biały samochód w historii
marszałkowskiej floty. Posłowie opozycji podśmiewają się, że jeśli do
tego dodać nowy styl bycia pani marszałek, która częściej niż głównym
wejściem przemyka na salę obrad bocznymi schodami, to „mamy w
parlamencie nową białą damę".
Biała dama nie może splamić się błotem z
sadzawki, w jaką wpakowała ministra Arłukowicza i pacjentów. Gdy na
przełomie roku wokół przygotowanej przez nią ustawy refundacyjnej
rozpętała się burza, zbyła dziennikarzy stwierdzeniem: „Dziś ministrem
zdrowia jest Bartosz Arłukowicz, on odpowie państwu na każde szczegółowe
pytanie". Pytana, czy zagłosuje za zmianami w swojej ustawie, czyli
przyzna się do błędu, odparła wymijająco, że będzie głosować „zgodnie z
własnym sumieniem”. Po czym uciekła.
W dniu głosowania nad
nowelizacją
ustawy dziennikarze zablokowali więc wyjście z sali plenarnej, by
uniemożliwić pani marszałek kolejną ucieczkę. Jak głosowała – łatwo
sprawdzić w sejmowych wydrukach, ale dlaczego poparła zmiany we własnym
projekcie, usłyszeć już trudniej. Stojąc przed murem kamer i mikrofonów,
powiedziała tylko, że głosowała za zmianami, bo „pacjent zasługuje, by
jego prawa były przestrzegane".
Czy to oznacza, że ustawa przez nią przygotowana nie gwarantowała
przestrzegania tych praw? Czy może oznacza, że jako minister nie
przygotowała służby zdrowia do wdrożenia przepisów, choć miała na to
czas – od maja, gdy ustawę przyjął Sejm, do października, gdy przestała
być ministrem. Ale według Ewy Kopacz odpowiedzi na te pytania nie leżą
już w zakresie jej obowiązków. Przecież jest marszałkiem Sejmu. Uniki
pani marszałek nie podobały się nawet jej partyjnym koleżankom i
kolegom. Andrzej Halicki i Małgorzata Kidawa-Błońska komentując
zamieszanie wokół ustawy refundacyjnej, jednym głosem mówili, że problem
powinna wytłumaczyć autorka ustawy.
Spadek reformatorki
Ewa Kopacz w swojej strategii „tisze jediesz, dalsze budiesz" ma
wsparcie premiera. Gdy Donald Tusk powoływał Arłukowicza na stanowisko
ministra zdrowia, dla wszystkich w PO było jasne, że ceną, jaką
przyjdzie mu zapłacić za tekę, jest krycie błędów poprzedniczki. I
Arłukowicz zobowiązanie wypełnia. Bierze na siebie awanturę wokół
recept, niezadowolenie lekarzy i aptekarzy, boksowanie się z koncernami
farmaceutycznymi.
Arłukowiczowi potrzebna będzie odporność, bo w
służbie
zdrowia mamy efekt śnieżnej kuli. Problemów przybywa. Choćby pierwszy z
brzegu: problem z cyfryzacją służby zdrowia – chodzi o budowę
elektronicznego systemu gromadzenia danych o pacjentach za ponad 700 mln
zł. Nie wiadomo, czy system powstanie. Kontrola NIK wykryła
nieprawidłowości w przetargach, a że szły na to pieniądze z Unii, sprawę
bierze pod lupę Bruksela.
Innym zgniłym jajem w spadku po byłej minister
może się okazać komercjalizacja szpitali. Była to sztandarowa reforma
Kopacz. Urzędowanie w resorcie rozpoczęła w 2007 r. od oświadczenia, że
to, czego poprzednicy nie zrobili w siedem lat, ona zrobi w parę
miesięcy. Tyle że zapowiadany projekt ustawy okazał się w pierwszej
wersji luźnymi wnioskami i premier musiał odwołać posiedzenie rządu, bo
nie było o czym dyskutować. Gdy ustawa wreszcie powstała, Kopacz nie
potrafiła jej obronić przed prezydenckim wetem, choć SLD był skłonny
poprzeć jego odrzucenie w zamian za wykreślenie jednego słowa –
„obligatoryjności" w procesie przekształcania publicznych szpitali
w
spółki prawa handlowego. „Nie wykazała nawet cienia elastyczności, by
osiągnąć kompromis” – mówił wówczas „Wprost” poseł
Bartosz Arłukowicz.
Teraz będzie musiał tłumaczyć, dlaczego komercjalizowane szpitale
(ustawa w okrojonej formie weszła w życie w 2012 r.) nie radzą sobie z
długami, choć właśnie oddłużeniu szpitali miało służyć przekształcanie
ich w placówki komercyjne.
– Marszałek Sejmu nie może ingerować w działania władzy wykonawczej.
Byłoby to niezgodne nie tylko z literą prawa, ale i z dobrym obyczajem.
Nie można więc oczekiwać, że będę recenzowała poczynania Bartosza
Arłukowicza – mówi oficjalnie Kopacz.
Nieoficjalnie – jak
twierdzą
partyjni koledzy – poczynania Arłukowicza recenzuje chętnie. –
Twierdzi,
że gdyby nadal była ministrem zdrowia, nie poszłaby na ustępstwa i nie
dopuściłaby do zmian w ustawie refundacyjnej. Poza tym opowiada, że
niezależnie od tego, kto będzie stał na czele resortu, Platforma i tak
dokończy rozpoczętą przez nią komercjalizację szpitali – mówi poseł PO.
– Arłukowicz nie jest tym już nawet wkurzony, on jest załamany. Nie
wiem, jak długo będzie w stanie robić dobrą minę do złej gry – mówi
poseł lewicy, znajomy ministra.
Cygaro z premierem
Siłą Kopacz, i to dla nikogo nie jest tajemnicą, jest jej zażyłość z
Donaldem Tuskiem. To Tusk wylansował ją na szefową mazowieckich struktur
PO, potem na ministra zdrowia, na wiceprzewodniczącą partii, a w końcu
uczynił ją marszałkiem Sejmu. Na takie zaufanie szefa partii pracowała
latami. Najpierw lecząc w sejmowym pokoju kontuzje piłkarskie posła
Tuska i jego kolegów z boiska, potem, już jako minister, otaczając
opieką medyczną najbliższą rodzinę premiera.
Kopacz zawsze jest
pod
ręką. Zawsze, gdy trzeba natychmiast reagować. Wezwana stawia się u
szefa rządu w kwadrans. W zamian może liczyć na specjalne traktowanie.
Premier wybacza jej więcej niż innym współpracownikom. A choćby w
poprzedniej kadencji było jej co wybaczać – na posiedzeniach rządu
potrafiła histeryzować i pokrzykiwać na innych ministrów, a w
Ministerstwie Zdrowia tupać nogą i trzaskać drzwiami.
–
Tuska jej
zachowanie może śmieszyć albo denerwować, zresztą nawet od niego
zdarzało się Ewie wychodzić ze łzami w oczach, gdy wzywana na dywanik
musiała się tłumaczyć ze swoich poczynań – mówi polityk PO. – Ale
Tusk
ją chroni, bo wie, że Kopacz nigdy nie zagra przeciwko niemu. Kopacz nie
zbuduje drużyny, która mogłaby zagrozić pozycji szefa, nie stoi za nią,
jak za jej poprzednikiem, Grzegorzem Schetyną, żadna wewnątrzpartyjna
siła. Jedyną siłą Kopacz jest poparcie Tuska, więc może się
przeciwstawić wszystkim, tylko nie jemu. Gdy w 2007 r. obejmowała resort
zdrowia, zadeklarowała, że rzuci palenie i zapali cygaro, gdy uda jej
się zrobić reformę służby zdrowia. W 2012 r. jako marszałek Sejmu
przyznaje: – Cygara z premierem Tuskiem nie zapaliłam. Zapomniałam o
tym. A byłoby to pierwsze cygaro w moim życiu.
Marszałek na
smyczy
Jedyny temat, na jaki chce rozmawiać Ewa Kopacz, to plany marszałka
Sejmu. Najważniejsza decyzja? – Udało mi się doprowadzić do tego, że 13
grudnia ubiegłego roku posłowie godnie uczcili pamięć ofiar stanu
wojennego – mówi Kopacz. Dzięki przygotowanemu przez nią wystąpieniu
obyło się bez przepychanek i głosowania nad konkurencyjnymi projektami
uchwał. – Usprawniłam także archiwizację obrad sejmowych podkomisji
–
dodaje. Do tej pory w podkomisjach nie powstawały nawet stenogramy.
Teraz posiedzenia będą nagrywane cyfrowo. Ten pomysł to wynik
wyniesionego z resortu zdrowia lęku przed lobbingiem. Kopacz tak jak
Donald Tusk panicznie boi się kontaktów z biznesem.
– Poza
tym – mówi –
chcę wreszcie „wynieść" z gabinetu marszałka
„zamrażarkę”. Nawet gdy
wpłyną projekty kontrowersyjne, będę im nadawała bieg. Jeśli dana sprawa
budzi emocje i ludzie o niej rozmawiają, to nie widzę powodu, dla
którego Sejm miałby jej unikać – zapewnia Kopacz. Opozycja twierdzi
jednak, że to wyłącznie obietnice. – Jak na razie projekty wnoszone
przez opozycję są blokowane jeszcze bardziej niż wcześniej – mówi
Ryszard Kalisz.
– Ewa Kopacz zachowuje się nie jak
marszałek, lecz jak
urzędnik PO – dodaje Sławomir Kłosowski z PiS. Partia Kaczyńskiego
zarzuca Kopacz nie tylko blokowanie projektów ustaw, ale i zamykanie
posłom ust. Chodzi o brak zgody na zadanie premierowi pytania o decyzję
KRRiT w sprawie Telewizji Trwam. Teoretycznie marszałek ma rację, bo
koncesja to sprawa KRRiT, a nie premiera, ale takim zakazem stwarza
opozycji okazję do oskarżeń o „upartyjnianie parlamentu".
Jeśli zła
opinia do niej przylgnie, nikt nie będzie pamiętał, że potrafiła
zdyscyplinować posłów Solidarnej Polski próbujących blokować mównicę i
że umie gasić pożary wszczynane przez Ruch Palikota. Dziś wielu w ławach
opozycji nazywa Ewę Kopacz „marszałkiem na krótkiej smyczy
premiera". To
złośliwość wciąż na wyrost, bo Kopacz jest marszałkiem od kilku
miesięcy. Faktem jest jednak, że musi ona podjąć kluczową decyzję – czy
chce być marszałkiem Sejmu, czy Donalda Tuska. Bo to jednak nie to samo.