Prosektorium cuchnie tak samo, takie same są czarne,
plastikowe
worki-pokrowce na szczątki. Osobiste przedmioty: portfel, obrączka,
łańcuszek. Fragmenty ubrań w błocie. Ci, którzy tracą bliskich w
karambolu, i ci, którzy tracą ich w wypadku lotniczym, przeżywają tę
samą traumę. Dla wdów po ofiarach katastrofy smoleńskiej różnica to
żółty pasek w TVN 24, setki tekstów w portalach i gazetach. Plus
hektolitry jadu na forach internetowych po konferencjach prokuratury,
rosyjskiego MAK i komisji Millera.
OBRĄCZKI
Katastrofa smoleńska dotknęła osobiście wiele osób – żony, mężów,
rodziców i dzieci – najbliższych ofiar. Jak po niemal dwóch latach żyją
wdowy? Niektóre walczą o własną prawdę o Smoleńsku. Inne oswajają
Smoleńsk. Jeszcze inne po prostu starają się zapomnieć. Ewa Komorowska:
– Chcę żyć. Nie chcę zginąć w tej katastrofie. Dla wielu każda kolejna
konferencja prasowa, przeciek ze śledztwa i nagranie z czarnej skrzynki
oznacza tabletki na uspokojenie albo bezsenność. Telefony od znajomych i
od nawiedzonych: – Słyszała pani, że rannych w katastrofie Rosjanie
dobijali strzałami w tył głowy? W pierwszych godzinach pojawia się
informacja, że troje pasażerów tupolewa przeżyło. Niemal każda z nich
trzyma się myśli, że to jej mąż jest wśród uratowanych. Ale to
nieprawdziwa informacja. Z okładek tabloidów dowiadują się, jakie
przedmioty zostały po ich mężach. W gazecie oglądają zdjęcia strzępów
ubrań. Potem już na własne oczy w wielkiej hali pod Mińskiem
Mazowieckim, dokąd zwożone są rzeczy ofiar. Książki, dokumenty,
obrączki, garnitury. Wszystko śmierdzące, brudne i przesiąknięte naftą.
Obrączki po mężach wieszają na szyi, na łańcuszkach albo chowają na dnie
szuflady. Odbierają telefony od dziennikarzy. Po pytaniu „Pani X?"
już
wiedzą, kto dzwoni. Odkładają słuchawkę lub mówią, że pomyłka.
ZNIECZULENIE
Wdowy po ofiarach ból łączy krótko. Przez kilka tygodni. Potem
wdowieństwo po Smoleńsku zabarwia się na kolor polityczny. Media wiążą
je w osobne pęczki. Dlatego jeszcze w maju 2010 r. wdowy piszą list
otwarty do polityków i dziennikarzy: „Nie ulegajcie pokusie prowadzenia
politycznej gry naszą żałobą". Podkreślają: najważniejsza jest dobra
pamięć o ofiarach. Ewa Komorowska: – Cierpienie po śmierci najbliższej
osoby jest nie do wyobrażenia. Nie chodzi o to, że jest większe, ale
inne. Organizm jest w stanie szoku, który działa jak znieczulenie. To
stan fizyczny nieporównywalny z normalnym. Wywołuje poczucie jedności z
ludźmi, którzy są w podobnym stanie. Aż się chce ich przytulać do serca.
To powodowało początkową bliskość członków rodzin katastrofy. Ale już
wtedy list podpisuje tylko część z nich. Te, które nie podpisują,
miesiąc później założą stowarzyszenie Katyń 2010. Małgorzata
Szmajdzińska: – Na początku dużo się działo, często się spotykałyśmy.
Teraz są inne emocje. Przełomowy był moment, gdy powstała nazwa
stowarzyszenia: Katyń 2010. Wiele osób, nawet niezaangażowanych
politycznie, było zniesmaczonych. Porównanie tej sytuacji z masowym
mordem było nie na miejscu. Nie znalazłam w sobie takich emocji, żeby
się pod tym podpisać.
Zuzanna Kurtyka, szefowa Katynia 2010, na spotkaniach w Polsce
podsumowuje wdowy niezaangażowane: – Ludzie mają różne potrzeby. Jedni
chcą zapomnieć, zadowalają się kłamstwami, które słyszą w telewizji. Ja
ich rozumiem, choć wybrałam inną drogę. Kurtyka krytykuje ekipę Tuska za
śledztwo w sprawie katastrofy. Na własną rękę przygotowuje
uwierzytelnione tłumaczenie na język angielski uwag do raportu MAK (żeby
zaistniały w opinii światowej). Walczy w sprawie Smoleńska. Już na
pierwszą rocznicę katastrofy na cmentarz na Wojskowych Powązkach w
Warszawie przychodzą osobno. Najpierw te, którym nie przeszkadza
obecność Tuska i Komorowskiego. Godzinę po nich te z flagami z kirem i
nalepkami „Smoleńsk 2010 pamiętamy". Beata Gosiewska woli nie
spotykać
się na cmentarzu z rządem i prezydentem: – Wyjaśnienie przyczyn
katastrofy to obowiązek rządu. Od dwóch lat na to czekam. Niestety,
zamiast zająć się tą sprawą poważnie, wielokrotnie nas, rodziny ofiar,
okłamywano i próbowano ośmieszyć.
PIEKŁO
10 kwietnia rano do Ewy Błasik dzwoni szwagier. Pyta: – Którym samolotem
poleciał Andrzej? Jakiem czy tupolewem? Kiedy słyszy odpowiedź, mówi
tylko: „Ewa, włącz telewizor". Przez pierwszy tydzień wdowa po
generale
nie płacze. Modli się. Nie ma siły lecieć do Moskwy na identyfikację.
Ciało jej męża rozpoznają piloci (trumna z ciałem gen. Andrzeja Błasika
wraca do Polski jako jedna z ostatnich). Potem zaczyna się śledztwo.
Najgorzej mają wdowy po załodze i bliscy tych, których głosy pojawiły
się w zapisach z czarnych skrzynek. Po konferencjach rozsyłają między
sobą SMS-a: „Piekło się dopiero zaczyna. W kogo uderzą następnym
razem?". Po Ewie Błasik przejeżdża medialny walec. Miesiącami czyta,
ogląda, słucha: jej mąż, szef sił powietrznych, naciskał na załogę. Miał
konflikt z pilotem Arkadiuszem Protasiukiem. Zbeształ go przed odlotem
do Smoleńska, a potem stresował załogę swoją obecnością w kabinie.
Wreszcie raport MAK: generał Błasik raz że stresował, dwa – był pijany.
Od tego momentu Ewa Błasik nie ogląda telewizji. Szuka prawnika, które
będzie bronił dobrego imienia męża. Mówi: przecież przed uroczystościami
nigdy nie pił. To niemożliwe. Tym bardziej w drodze do Katynia. To
nagonka. Walczy tak, jak potrafi: zaraz po prezentacji raportu MAK
jedzie do Sejmu, organizuje błyskawiczną konferencję. Roztrzęsiona mówi
do dziennikarzy: „Na oczach całego świata obraża się polskiego
generała”. Potem z „reżimowymi” dziennikarzami już nie
rozmawia.
NAZWISKO
Pisze list do komisji MAK: że ogłaszanie wyników sekcji zwłok jej męża
to złamanie konwencji chicagowskiej. Rosjanie oficjalnie się mitygują,
wycinają z internetu fragmenty poświęcone sekcji Błasika. Zaraz potem
rosyjski dziennik „Izwiestia" pisze, że Błasikowa boi się prawdy.
Udziela wywiadów, głównie „Naszemu Dziennikowi". Mówi: –
Rosjanie kłamią
nam prosto w twarz. Śmieją się z Polaków. Oczerniają nas przed całym
światem, a my w żaden sposób na to nie reagujemy. Jako żona ofiary ma
dostęp do części akt ze śledztwa smoleńskiego. Wie, że w prokuraturze są
zeznania rodzin pilotów, które bardzo źle mówią o generale Błasiku. Jej
pełnomocnikiem zostaje mecenas Bartosz Kownacki, były członek komisji
weryfikacyjnej WSI. Mówi: – Wszyscy ci, którzy wykreowali fałszywy obraz
mojego męża, chcieliby, żebym się poddała. Ja mam wrażenie, że oni nie
mówią o moim mężu, tylko o kimś innym. Zgadza się tylko nazwisko.
Dziennikarze, publicyści, eksperci lotniczy, którzy przyznają rację
Rosjanom, to zdrajcy. Wdowę po generale wspierają PiS i Radio Maryja.
Ona w kampanii wyborczej wspiera mecenasa Bartosza Kownackiego, który
startuje z list PiS (dostanie się do Sejmu). Po raporcie Millera mówi:
„To są kpiny w żywe oczy, kłamstwa”. Kiedy w styczniu prokuratura
przyznaje, że głosu Błasika nie słychać w kabinie, triumfuje. Mówi:
„Wielkie zwycięstwo prawdy”.
ZDJĘCIE
Jesienią 2011 r. krewni ofiar smoleńskiej katastrofy ruszają na Wiejską.
Wdowy z prawa, wdowy z lewa. Do Sejmu z PiS wchodzi Małgorzata Gosiewska
(pierwsza żona Przemysława), a do Senatu Beata (druga żona Przemysława).
Zuzanna Kurtyka też startuje, ale się nie dostaje. Beata Gosiewska idzie
do Senatu, żeby wyjaśnić katastrofę: – Od początku zakładałam, że będę
dążyć do poznania prawdy na temat przyczyn katastrofy. Niezależnie od
tego, jaki zawód będę wykonywać. Nadzieją na wyjaśnienie tego dramatu
jest parlamentarny zespół Antoniego Macierewicza, którego jestem
członkiem. Jest koniec marca 2010 r., kiedy ekipa TVN przyjeżdża do
Małgorzaty Szmajdzińskiej. Przed kamerą opowiada o sobie, żonie przyszłego
kandydata lewicy na prezydenta. Pokazuje reporterom album ze zdjęciami:
ona, mąż, dwójka dzieci. Szczęśliwa rodzina. Ten materiał nigdy się nie
ukaże. Półtora roku później Małgorzata Szmajdzińska startuje do Sejmu z
list SLD. I się dostaje. Po co jej Sejm? Znajomi, a za nimi dziennikarze
spekulują: żeby wypełniać testament męża. Ale Szmajdzińska tylko macha
ręką. Tłumaczy: od śmierci męża własne życie traktuje jak życie numer
dwa. Szuka zajęć, żeby nie myśleć. – To jedyny sposób, żeby jakoś
funkcjonować. Katastrofa jest ciągle analizowana w mediach. Nie da się
przed tym uciec – mówi. – Nie ma spokoju. Druga rocznica wypada
dzień po
świętach wielkanocnych, a w przeddzień są urodziny mojego męża. To
trudny moment. W domu tak jak przed katastrofą – zajmuje się wszystkim.
Jest szyją i głową rodziny. Po katastrofie nie zaangażowała się w
stowarzyszenie Katyń 2010. Jednak z niektórymi wdowami utrzymuje
kontakt. Z rodziną Jolanty Szymanek-Deresz tak jak przed katastrofą w
święto Trzech Króli spotyka się na rodzinnym obiedzie. – Relacje z
niektórymi wdowami są teraz po prostu koleżeńskie. Nie są związane z
podziałami politycznymi. Bardzo się lubimy z Barbarą Stasiak i Joasią
Racewicz. To, co się stało, bardzo nas połączyło. Ale co innego
spotkania członków rodzin, a co innego ocena organów państwa. Też mam
wiele zastrzeżeń do śledztwa. Do takich sytuacji jak ta z generałem
Błasikiem nie powinno nigdy dojść – uważa. Małgorzata Szmajdzińska po
wejściu do Sejmu ma tydzień wypełniony obowiązkami. Może dlatego czasem
jej się wydaje, że do katastrofy doszło zaledwie kilka miesięcy temu.
Wciąż nie jest gotowa, żeby rozpakować kartony z rzeczami męża, które
przysłała jej Kancelaria Sejmu. Jego zdjęcia od 10 kwietnia 2010 r.
wciąż stoją odwrócone do ściany.
ŻYCIE
Ewa Komorowska po katastrofie ucieka przed apatią w aktywność. Wymyśla,
żeby poprosić prezydentową Annę Komorowską o pomoc w organizacji
pielgrzymki rodzin na miejsce katastrofy. To ona zajmuje się techniczną
stroną przedsięwzięcia. Już na miejscu przemawia w imieniu rodzin ofiar:
– Nasze serca rozbiły się na tysiące kawałków – mówi. Jej znajomi
opowiadają, że przechodzi przez żałobę bez złości i gniewu. Przez
pierwszy rok po katastrofie często pojawiała się w mediach. Zawsze
gdzieś z boku konfliktów, które rozpala Smoleńsk. Ewa Komorowska: –
Cierpienie trzeba jakoś oswoić. Niektóre wdowy wyszły za mąż w wieku 18
lat. Nie pracowały, poświęcały się rodzinie, mąż był dla nich całym
światem. Muszą się teraz uczyć żyć tak, jakby uczyły się chodzić. Ja mam
inne doświadczenie. Mam dzieci z wcześniejszego małżeństwa. Te dziesięć
lat szczęścia, które spędziłam z mężem, to był dar. Wciąż jestem
wdzięczna za ten dar, ale uważam, że ważniejsze od codziennego chodzenia
na grób jest dobro czynione żywym, kochanym przez mojego męża. Chcę żyć.
Nie chcę zginąć w tej katastrofie. Ewa Komorowska po roku od katastrofy
usuwa się z mediów. Żyje własnym życiem. Kiedy w lipcu 2011 r.
zapraszają ją na prezentację raportu komisji Millera, grzecznie
dziękuje. Jest właśnie za granicą, na Krecie.
Korzystaliśmy z książek J. Racewicz „12 rozmów o miłości" i D.
Walusiaka
„Wdowy smoleńskie"